S k u l s c y O c h w e ś n i c y
|
Namalował:
Patryk Gospodarczyk |
Sławomir Kosieliński
Manki styklo się w posym kelcu. Kumatek siwro po ochweśnicku. Popnajałem w ślir w kelcu Skulsk. W Skulsku to wsiackie skicioki siwrają, co manki bitu grypsa. I bitam można ślirować, bo poso łosiarów jugają*
Niewiele osób potrafiłoby powiedzieć, w jakiej gwarze (a może żargonie) zostało to napisane. Równie niewiele umie się nią posługiwać. Nic dziwnego, bo tak zwana kmina ochweśnicka – żargon wędrownych handlarzy dewocjonaliów ze Skulska i gęsi ze Ślesina – należy do tajemnych języków zawodowych i środowiskowych. Kim byli ci handlarze, którzy „psulili po ochweśnicku”?
Przypomnijmy sobie, jak wyglądał w małych miasteczkach i wsiach w całkiem niedawnej przeszłości jarmark, targ czy odpust. Któż nie pamięta wspaniałych landszaftów z serii „jeleń na rykowisku”, makatek z parą łabędzi albo glinianych piesków do wygrania w loterii fantowej? Ileż to obrazów przedstawiających Chrystusa, Maryję i wszystkich świętych pańskich znalazło się na ścianach domostw po takich odpustach? Ileż to świętych książeczek, różańców z samej „Ziemi Świętej” i medalików z Jasnej Góry zmieniało wtedy właściciela? Ale nie zawsze takiego „towaru misyjnego” trzeba było szukać na straganach z dala od domu. Bywały bowiem czasy, kiedy od drzwi do drzwi chodzili ochweśnicy – jak potocznie mówiono o ludziach handlujących dewocjonaliami – słudzy Boży.
Ostatnio w krajobrazie Polski znowu pojawili się domokrążcy. Nazywa się ich akwizytorami, przedstawicielami handlowymi itd. Pracują w „ network marketing ”. Mają swoje obyczaje, zasady, żargon zawodowy. Nie sprzedają wprawdzie świętych obrazków, lecz bardziej wyrafinowane towary konsumpcyjne, jednak stosowane przez nich „techniki sprzedaży” przypominają aż nazbyt handlarzy ze Skulska. Może więc warto poświęcić tym handlarzom kilka słów, zwłaszcza że tradycja rodzinna pozwala mi patrzeć na nich z dwóch stron: z zewnątrz, jak na historyka przystało, i od środka , dzięki rodzinie ojca – jak współziomkowi. Temu zawdzięczam, że prowadząc badania nie byłem traktowany przez nich jak „obcy”, co pozwoliło mi utrwalić na taśmie ostatnie relacje ochweśników.
Skulsk to osada miejska w województwie wielkopolskim położona między Koninem a Inowrocławiem, na pograniczu Kujaw i Wielkopolski. Skulsk miał prawa miejskie od XIV wieku aż do 1870 roku, kiedy zostały mu one odebrane na mocy ukazu carskiego.
Wielka historia omijała tę mieścinę, chociaż miejscowa legenda mówi, że tu królowi Bolesławowi Chrobremu objawiła się Matka Boska. Dzięki temu ponoć powstało skulskie sanktuarium maryjne, którego blask do tej pory przysłania sąsiedni Licheń. Jednak historia lubi płatać figle. Tylko 5 km od Skulska przebiegała granica między zaborem rosyjskim a pruskim. Tak wryła się w pamięć okolicznej ludności, że jeszcze teraz wielu potrafi dokładnie wytyczyć ją na mapie. Dlaczego? Bo kto mógł, kto się nie bał, żył wówczas z przemytu. W Prusach (w Inowrocławiu) było taniej i łatwiej o pracę, a żandarmi na posterunkach granicznych byli przekupni. Wtedy udawało się zarobić skulszczanom całkiem niezły grosz. Jak na ironię losu, kiedy odrodziło się państwo polskie, Skulsk bardzo zubożał...
Inny kaprys historii sprawił, że na początku XIX wieku Skulsk zaczął słynąć ze swoich „malarzy papierowych” – obraźników. Liczne warsztaty obraźnicze produkowały na wciąż nienasycony rynek obrazki z wizerunkami świętych i Matki Boskiej (Skulskiej lub Częstochowskiej). O tym ośrodku malarstwa ludowego ciągle toczą dyskusje historycy sztuki i etnografowie. Skąd się tam wzięli obraźnicy, jaką techniką malowali, na kim się wzorowali? Przypuszcza się, że w Skulsku na wzór Częstochowy i Gidel, najsłynniejszych ośrodków ludowego malarstwa, stosowano „produkcję seryjną” – powielanie obrazów systemem przeprószania konturów z posiadanego przez malarza wzoru. Pytania pozostają raczej bez odpowiedzi, bo dotychczas nie udało się z całą pewnością uznać jakiegokolwiek ludowego obrazu za dzieło skulskich warsztatów. Co do jednego nie ma jednak wątpliwości: pewnego dnia (być może w latach trzydziestych XIX wieku) w Skulsku pojawiło się kilku kramarzy, których niegdyś zapisywano w aktach Stanu Cywilnego jako obraźników, gdy byli świadkami na ślubach skulszczan, chrzcili swoje dzieci lub zostawali kumami. O innych obraźnikach słuch zaginął. Zmienił się też gust klientów. W ślad za niemiecką modą nad papierowe obrazki świętych chłopi zaczęli przedkładać oleodruki. Nie niszczyły się tak szybko, były tańsze i miały żywsze kolory.
Ci skulscy kramarze „podsunęli” badaczom ich historii pewien pomysł: być może w warsztatach obraźniczych istniał podział pracy na artystów i handlarzy. Kto inny malował, kto inny sprzedawał. Tych kilku, którzy zmienili profesję, musiało dojść do wniosku, że bardziej opłaca się sprzedawać cudze niż własne dzieła. Ale co się stało z pozostałymi handlarzami od skulskich „malarzy papierowych”? Oni przerodzili się w ochweśników – handlarzy dewocjonaliami, a tylko skulski magistrat, z nieznanych przyczyn, zapisywał ich w aktach jako „ utrzymujących się z handlu ”.
Skąd się wzięło słowo „ochweśnik”? Ochwest w żargonie wędrownych rosyjskich przekupników zwanych ofeniami oznaczał święty obraz. Najprawdopodobniej w czasie wojaży na Chełmszczyznę i w głąb Rosji handlarze ze Skulska, którzy wyprawiali się nawet tak daleko, zaczęli wykorzystywać niektóre wyrazy i zwroty ofeni do porozumiewania się między sobą. Dzięki nim stworzyli swój żargon, kminę ( kminić znaczy u nich mówić; kmina to język, żargon). Z racji swojej obraźniczej branży przyjęli wtedy miano ochweśników. W interpretacji Wandy Budziszewskiej (autorki pracy Żargon ochweśnicki, Łódź 1957) na kminę ochweśnicką składają się wyrazy zapożyczone z żargonów: polskiego złodziejskiego (70% słów), na przykład majcher – nóż, kirzyć – pić, sumer – chleb; zawodowych ruskich opulić – kupić, skudrać – bać się i czeskich braśka – brat; tych ostatnich jest bardzo niewiele.
Do wyrazów podstawowych w kminie ochweśnickiej nieznanych grypserze zalicza się liczebniki przejęte od ofeni, na przykład jumny – jeden, szesdra – sześć, dziakonos – dziesięć. Prawie połowa takich wyrazów to zapożyczenia ruskie o genezie sięgającej żargonów zawodowych i języków narodowych choćby z języka nowogreckiego: filować – całować (nowogr. filo). Wśród innych zapożyczeń nie brak słów przejętych z niemieckiego i jidysz, na przykład chawira – dom. Należy pamiętać, że niezależnie od źródła zapożyczenia żargon ochweśnicki rozwijał się dzięki gwarze okolic Skulska i Ślesina; dotyczy to zwłaszcza słowotwórstwa. Według ustaleń językoznawców, kmina składała się z około 800 słów, pozwalających na rozmowę o prostych sprawach lub na wydawanie poleceń, na przykład „ Pnaj skicio do wasieli ” – Idź, chłopcze, do księdza.
Wanda Budziszewska uważa, że żargon ochweśnicki powstał w pierwszej połowie XIX wieku. Stało się to – jak sądzi – wkrótce po roku 1832 (gdy nasiliły się prześladowania przez carat wyznawców Kościoła grekokatolickiego), a przed rokiem 1850 (kiedy zniesiono granicę celną pomiędzy Królestwem Kongresowym a Cesarstwem Niemieckim). Utworzenie tego żargonu należy wiązać z przemytem dewocjonaliów do dawnych diecezji unickich na Chełmszczyźnie (wówczas należącej do guberni lubelskiej, siedleckiej i suwalskiej), którą zamieszkiwała ludność polska, ukraińska i białoruska.
Nasuwa się pytanie: "Jak wędrowni handlarze poznawali grypserę?" Zapożyczenia z innych języków dają się łatwo wytłumaczyć podróżami handlowymi ochweśników na wschód i kontaktami z przekupniami, na przykład z centralnych guberni Rosji, czyli z ofeniami. Wanda Budziszewska uważa natomiast, że są to słowa złodziei chełmskich, bo tam wiódł główny szlak wędrówek ochweśników. Czy można jednak poznać tajny język, siedząc tylko w karczmie przy wódce? Światek przestępczy z natury jest zamknięty dla obcych. Trzeba się w niego wkupić. Trzeba okazać, że jest się jednym „z nich”. A to się stanie wówczas, jeśli się pójdzie „na robotę” lub do więzienia i wtedy nie jest trudno nauczyć się żargonu. Jest więc prawdopodobne, że ochweśnicy mieli o wiele więcej wspólnego z przestępcami, niż wynika z badań etnograficznych i językoznawczych. Zresztą statystyki policyjne sprzed I wojny światowej dowodzą, że wędrowni handlarze stosunkowo często popadali w konflikt z prawem. Dlaczegóż wśród nich niemiałoby nie być skulskich ochweśników?
Używający kminy ochweśnickiej budzili zainteresowanie a nawet strach. Posługiwali się nią podczas noclegów w chatach i w czasie wspólnych wędrówek, aby nikt niepowołany ich nie podsłuchiwał. Ochweśnicy byli bardzo dumni ze swojej kminy. W roku 1990 Ignacy Klonowski (1898 – 1991), podobnie jak Józef Pokorzyński (1899 – 1992) jeden z ostatnich ochweśników, z którym rozmawiałem, tak wspominał wydarzenie z 1919 roku: „ Jak wsiedlim do pociągu, jechalim na jarmark do Wąbrzeźna i sobie tak rozmawiali. A jechali takie urzędniki z Poznania. Słuchali, słuchali aż wreszcie przepraszają i pyta jeden: - Panie, ja umiem po niemiecku, po polsku, po rusku, a tej nie rozumiem. – No, Panie! Pan tej mowy nie rozumie i nie będzie rozumiał. To ochweśnicka! – No, a co to jest – oni się pytają. Eech, niech się Panowie lepiej nie dowiadują ...”
Należy podkreślić, że ochweśnicy uważali się za lepszych i wyżej stojących w hierarchii zawodowej od pozostałych kramarzy. Tworzyli bardzo mocną, odrębną grupę kolegów po fachu, właśnie ze względu na posługiwanie się niezrozumiałym dla innych żargonem. Niekiedy ich rozmowy w tym żargonie były odczytywane przez przesądnych mieszkańców wsi jako rzucanie na nich czarów. Świadczy o tym następująca historyjka. Pewna kobieta piekła chleb i z braku czasu odmówiła ochweśnikowi kupna obrazu. Ochweśnik powiedział kilka słów w kminie, zagwizdał, coś przed domem na ziemi narysował i poszedł. Kobieta wpadła w panikę. Na gospodarstwo rzucono urok! Dogoniła niezwłocznie domokrążcę i długo błagała go, aby „odczynił czary”. Następnie kupiła kilka obrazów bez targowania. Tymczasem w piecu spalił się chleb.
Oprócz kminy cechą charakterystyczną skulskich ochweśników była specjalna organizacja wędrownej sprzedaży. Legalizowali ją poprzez wykup patentu na handel obwoźny, co kosztowało ich 5 rubli i upoważniało do handlu we wszystkich guberniach. Po I wojnie światowej ochweśnicy handlowali na tak zwaną domokrążną książkę, zezwalającą na handel w całej Polsce.
Najmajętniejsi z nich, rozporządzający pewnym kapitałem obrotowym, stawali się tak zwanymi dowódcami. Kupowali większą partię towaru i sprzedawali go, wykorzystując pomocników. Pomocnicy ci byli albo wspólnikami dowódcy, albo udziałowcami, wnosząc pewien wkład pieniężny bądź pracując na procent w wysokości 1 zarobionej kwoty. Niektórzy z dowódców dawali zatrudnienie aż 18 osobom.
Z przekazów ustnych znane są nazwiska najsłynniejszych ochweśników – dowódców. Byli to Kobierscy, Ciszewscy, Brodeccy, Wyderscy, Janiszewscy. Notabene przez cały XIX wiek źródła pisane wspominają tylko o Kobierskich, rodzinie zresztą dość majętnej. O innych rodach, o których można znaleźć informacje w księgach miejskich przed 1850 rokiem, w „erze ochweśnictwa” (między 1850 a 1920 rokiem) ginie słuch, tak jakby ich już nie było w Skulsku. Za to zjawiają się właśnie owi Ciszewscy i Wyderscy, aby przez ochweśnictwo wejść na trwałe do historii tej osady.
Pomocnicy nosili na plecach mniejsze partie towaru w specjalnych skrzynkach, tak zwanych pudlakach, mieszczących nieraz do 300 sztuk różnych obrazów zwiniętych w rulony i dążyli bocznymi drogami w miarę równolegle do trasy, którą podążał dowódca. Funkcjonowało niepisane prawo, że gdy dwóch obraźników zeszło się z jednej wsi, to jeden z nich handlował w chałupach po lewej, a drugi po prawej stronie drogi. Jeśli natomiast wszystkie zabudowania usytuowane były po jednej jej stronie, to ochweśnik idąc po wsi robił małe znaczki na płotach lub chałupach, dając drugiemu znać, że tutaj już był. Ten ochweśnik, który pierwszy znalazł nocleg we wsi, rozpoczynał też handel z jej mieszkańcami. Wieczorem ochweśnicy spotykali się w wyznaczonym przez dowódcę miejscu, aby rozliczyć się z zarobionych pieniędzy.
Handel ochweśnicki był popierany przez duchowieństwo. Klienci ochweśników – chłopi – przynosili datki do kościoła za poświęcenie świętych obrazków, medalików, książeczek do nabożeństwa. Również księża chętnie kupowali obrazki. Handlarze zaopatrywali się w nie w hurtowniach częstochowskich i w Warszawie, a także w Strzelnie, Pleszewie i Poznaniu, skąd je przemycano przez pruską granicę w bardzo ciekawy sposób: „ Ochweśnicy przechodzili przez granicę przede mną, kiedym był mały. Owijali się w takie obrazy papierowe i przechodzili ” – wspominał Józef Pokorzyński. Zarabiano na korzystnych relacjach cen: „ W Niemcach było dobrze. Takie tam było wszystko niedrogie; i wszystko tam można było kupić taniej, a tu drożej sprzedać ”.
Oprócz obrazków świętych sprzedawano z ochweśniczych skrzynek „ takie wszystkie rzeczy domowe: noże, widelce, łyżki aluminiowe, brzytwy ” – Opowiadał Ignacy Klonowski. Również książki po 5 kopiejek: senniki, kalendarze, książki kucharskie. Największy zysk ochweśnicy mieli ze sprzedaży obrazów – oleodruków. U producentów za 100 obrazów płacili około półtora rubla, sprzedawali po 15 – 18 kopiejek każdy. Na egzemplarzu książeczki do nabożeństwa (po ochweśnicku – wasielka ) zarabiali sześcio- lub siedmiokrotnie, ale handel nimi wymagał zarazem większego kapitału niż zwykłym towarem, a na to mogli sobie pozwolić jedynie najzamożniejsi ochweśnicy.
Ochweśnicy, wykorzystując tradycyjną religijność ludu, stosowali nie zawsze uczciwe metody handlu. Ignacy Klonowski opowiadał mi, że chodzili po wsiach we dwóch. Gdy w jednej chacie mieli coś sprzedać, przed wejściem „ Deusa się spsuliło ”, czyli żegnali się ze słowami: „ O, klawy Deusie, bitu manki wsiacko opulił ” (O, dobry Boże, aby tu wszystko sprzedać).Potem wchodzili do mieszkania z udawaną pokorą i pozdrawiali gospodarzy: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Oto relacja innego ochweśnika, Wojciecha Wyderskiego: „ Klękałem. Jak ludzie się zgromadzili, otwierałem obraz i mówię:«Przynoszę ja państwu patrona dla błogosławieństwa. Patrzcie, jak Bóg otwiera ręce i przemawia – Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy spragnieni utrudzeni jesteście, a ja was ochłodzę«. Patrzę, a tu kobiety fartuchami łzy ocierają i pytają, ile to kosztuje. Wtedy jeszcze ceny nie podawałem. Słuchałem, co będą mówili. I zaczynają: że obraz nie oprawiony, że jak go zawiesić...Słuchałem tych wszystkich utyskiwań i później zaczynam: «Tych obrazów się nie wiesza, chyba że ktoś koniecznie chce, to może na gwoździu. Obraz ten w czasie burzy lub nieszczęścia owije się wokół gromnicy«. Wtedy wszyscy krzyczą:«Panie, mnie, panie, mnie!« Jeden przez drugiego kupuje. Jeśli zdarzyło się, że kto nie miał tych trzydziestu pięciu, to sprzedawało się po trzydzieści. I tak był na tym duży zysk ”.
Nie należy zapominać, że ochweśnicy byli religijni, żyli w podobnych środowiskach jak ich klienci i mieli – mimo swego handlowego dystansu do „towaru misyjnego” – takie same oczekiwania od świętych pańskich jak kupujący obrazki. Nic dziwnego, że gdy nie udawało im się sprzedać jakiegoś obrazu, zdejmowali rzemień ze spodni i chłostali wizerunek – dajmy na to świętego Antoniego – jak jakieś niesforne dziecię. Po takiej perswazji święty sprawiał natychmiast, że w najbliższej wsi znajdował się chętny, by kupić jego podobiznę.
Wspomnienia ostatnich już chyba ochweśników sięgały czasów sprzed I wojny światowej. Wtedy rozpoczęli oni handel tak zwaną „medycyną”. Początkowo przemycali lekarstwa z miast zaboru pruskiego na wozach, ukryte w sieczce, a wozili je na kresy i do zachodniej Rosji. Od I wojny światowej – już tylko na kresy i na Pomorze.
Z „medycyną” zawsze chodziło dwóch, przy czym jeden udawał lekarza, a drugi podawał się za aptekarza. Zdarzało się podobno, że zamiast lekarstwa ochweśnicy sprzedawali zafarbowaną wodę. Po I wojnie kupowali leki między innymi od poznańskich firm farmaceutycznych, które dawały im – jako swoim agentom – pisemne zezwolenia na sprzedaż próbek aptekom. W lekarstwa najchętniej jednak zaopatrywali się ponoć w Wąbrzeźnie, w firmie „Donatol”.
Po latach ochweśnicy mówili badaczom ich kultury wprost, że lekarstwa służyły raczej jako środki do zdobywania pieniędzy niż do leczenia. Nie należy jednak wykluczać, że zawierały one jakieś zioła czy inne składniki, które mogły sprawić, że zastosowana kuracja skutkowała.
Konkurentami skulskich ochweśników w domokrążnym handlu byli mieszkańcy sąsiedniego Ślesina. Dzieje obu osad są bardzo podobne. Ślesin był miastem od 1358 do 1870 roku, w którym – tak jak Skulsk – stracił prawa miejskie. Nie miał zakładów przemysłowych oprócz niewielkiej cegielni, młyna parowego i kilku wiatraków.
Podstawą utrzymania „ślesinioków” był handel na ogromną skalę gęsiami i kurami. Sezon trwał od połowy maja do połowy listopada: dwa razy w tygodniu spędzano na okoliczne łąki zakontraktowane wcześniej gęsi. Gdy uzbierało się ich kilka, a nawet kilkanaście tysięcy, pędzono je ku pruskiej granicy, oddalonej 30 km od Ślesina. To gęgające towarzystwo prowadził specjalnie przyuczony gęsior. Pomagali mu młodzi chłopcy, tak zwani szafarze. Gęsi mogły pokonać 22-25 km dziennie, później już jechały na sprzedaż do Wiednia, Berlina, a nawet Londynu. Skupowano je w różnych okolicach (np. na Wileńszczyźnie, Podolu i Wołyniu), o różnej porze, po pierwszym, drugim i trzecim podskubku. Według szacunków z roku 1914, w sezonie „gęsiorze” wysyłali około miliona gęsi o wartości 1.5 miliona rubli. Po sezonie, zimą, biedniejsi ślesinianie zajmowali się zwykłym domokrąstwem, sprzedając taki sam towar jak ochweśnicy. Inni prowadzili w okolicy skup kur i kaczek, aby przez komorę w Słupcy wywozić je za granicę. O ile sprzedaż gęsi była powszechnie poważana, a przezwisko „gęsiorz” nie było obelgą, o tyle zupełnie inaczej było z tym skupem. „Kurzoje” nie mogli liczyć na szacunek.
Wzmianka o ślesińskich „gęsiorzach” byłaby nie na miejscu, gdyby ci handlarze drobiem nie zapożyczyli ze Skulska „ochweśnickiej mowy” i po upadku ochweśnictwa nadal jej nie używali. Co prawda nikt już dzisiaj w Ślesinie nie chodzi na „gęsiarkę”, ale bardzo dużo osób zna chociaż parę słów z kminy ochweśnickiej i częściej można ją tam usłyszeć niż w Skulsku. Stąd zainteresowanie językoznawców i etnografów Ślesinem.
Dzisiaj mieszkańcy obu miejscowości pracują albo w zakładach związanych z Konińskim Okręgiem Przemysłowym, albo świadczą usługi na rzecz rolników. Ślesin odzyskał niedawno prawa miejskie, Skulsk nadal ma status osady miejskiej. Nikt zresztą nie zastanawia się nad prawdziwością stwierdzenia, że jedzie na targ do „miasta” Skulska. „Miejskość” tej osady rzuca się przybyszowi od razu w oczy. Zamożność mieszkańców i schludność miasteczka – odróżniające Skulsk od osad mazowieckich – ma korzenie w bliskości poznańskiego, wyjazdach na „saksy” i do „Hameryki” oraz właśnie w obrotności ochweśników. Chociaż tych ostatnich – jak ze zdziwieniem zauważyłem – Skulszczanie się wstydzą...
W środę po ósmym dniu każdego miesiąca odbywa się w Skulsku jarmark. Do „miasta” zjeżdża się cała okolica, aby handlować wszelkim dobrem. Starsi przekrzykują się w jakimś dziwnym żargonie: „Skiciok, opul wielbrzychę, klawo jest! A hopki mosz?” . To ostatni, którzy “psulą po ochweśnicku” .
* Mieszkam w dużym mieście. Trochę rozumiem po ochweśnicku. Poszedłem na handel do Skulska. W Skulsku to wszyscy chłopcy rozumieją, co ja tu piszę. I tam można handlować, bo dużo towarów biorą. (tekst autora, kompilacja)
|
Obraz przypisywany warsztatowi skulskiemu. Znajduje się w zbiorach Muzeum Etnograficznego w Warszawie
|
![]() |
![]() |
|
Jarmark w Skulsku
|
|
![]() |
![]() |
Fot. Halina Wyderska






